94-letni kombatant, porucznik w stanie spoczynku spotkał się w czwartek 10 maja z uczniami klasy VI a PSP 2 w oddziale dla dzieci i młodzieży Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Papuszy. Opowiedział o swoim życiu, ciężkich wojennych doświadczeniach oraz o powojennym Żaganiu.

– Pamiętam, że gdy byłem w waszym wieku, na spotkanie w szkole przyszedł weteran Powstania Styczniowego (1863-64) – opowiadał pan Piotr. – To, o czym mówił zapamiętaliśmy mniej, ale jego obraz w granatowym mundurze nadal tkwi w mojej pamięci. Z tego powodu również ja dzisiaj na spotkanie z młodzieżą założyłem swój mundur, żebyście go zapamiętali.

P. Gubernator wraz z rodziną mieszkał na kresach wschodnich, tuż przy radzieckiej granicy. Zapamiętał wycieczkę, na którą po uzyskaniu pozwoleń zabrała ich nauczycielka. Żeby dzieci zobaczyły, jak wygląda koniec Polski. Tuż za rzeką byli sowieccy żołnierze z karabinami i w spiczastych czapkach. Wówczas zaczęły śpiewać piosenkę o małych, polskich żołnierzach, którzy nie boją się krasnoarmiejców. Pani była przerażona, bo bała się o bezpieczeństwo swoich podopiecznych. Gdy wybuchła wojna pan Piotr miał 15 lat. Wieści o tym, co się dzieje w kraju napawały wszystkich przerażeniem. 17 września 1939 roku nad jego miejscowość nadleciały czarne samoloty z czerwonymi gwiazdami i zaczęły ostrzał. Ludzie na własnej skórze przekonali się, jak wygląda sowiecka „obrona” przed Niemcami. Dwa lata później jako siedemnastolatek trafił na roboty do Niemiec, do fabryki papy, gdzie cierpiał głód i wdychał toksyczne opary. – Mieliśmy na cały dzień tylko dwie kromki chleba – wspomina. – Jedną jadłem na kolację, a drugą zamierzałem zostawić sobie na śniadanie. Bardzo często nie udawało mi jednak dotrwać do śniadania i zjadałem ją w nocy.

Po dwóch latach osłabiony organizm zapadł na ciężkie zapalenie płuc. Lekarz ze Śląska pomógł w zwolnieniu go z robót. Do domu wracał przez wiele dni. Gdy wreszcie dotarł na wschód, rodzice byli przerażeni, że zginie z rąk ukraińskich partyzantów, którzy strzelali do Polaków. Gdy na kresy znowu weszła Armia Czerwona, otworzyła się możliwość zaciągnięcia się do polskiego wojska. – Trzeba było wędrować 60 km do kolei i jechać do ZSRR – opowiada porucznik. – Gdy dotarliśmy do obozu i zobaczyliśmy biało-czerwone flagi na masztach, to płakaliśmy ze wzruszenia. Na miejscu byli już zesłańcy z Sybiru, łagiernicy, którzy śpiewali polskie pieśni. To dodawało nam siły.

P. Gubernetor zaznacza, że wówczas nikt nie myślał, czy to wojsko słuszne, czy też nie. Każdy chciał walczyć o Polskę. Jak umiał i gdzie mógł. On sam trafił do 4 baterii artylerii przeciwlotniczej 15. Pułku Artylerii Przeciwlotniczej 1. Armii Wojska Polskiego. Dostał lornetkę, aby wypatrywał wrogich samolotów. Po dwumiesięcznym szkoleniu chrzest bojowy odbył Puławach, broniąc mostu. Do Warszawy jego bateria dotarła 17 września 1944 roku. Żołnierze byli zdruzgotani ogromem zniszczeń miasta. Kolejnym etapem były walki o Bydgoszcz, Wałcz, Piłę. – Niemcy byli doświadczeni w boju i doskonale przygotowani – kontynuuje kombatant. – My przeszliśmy zaledwie krótkie przeszkolenie i ginęliśmy masowo.

Pan Piotr wziął udział w walkach ulicznych w Kołobrzegu, gdzie został przygnieciony ścianą. Po wojnie został jeszcze na rok w wojsku. Część żołnierzy wróciła do domów, ale okazało się, że nie mają do czego wracać, bo połowa Polski została na mocy traktatu jałtańskiego zabrana. Gdy docierali do swoich dawnych domów, byli zabijani przez Ukraińców. – Moja rodzina przeniosła się do Dzietrzychowic – mówi P. Gubernator. – Gdy byłem nad morzem, dostałem list od mojej mamy, że ojciec jest chory i trafił do szpitala w Żaganiu. Dostałem przepustkę i wyruszyłem w podróż.

W styczniu 1946 roku Żagań przywitał go ruinami. W pociągu poznał pana Chmielewskiego, inspektora oświaty, który zaprosił go do domu, w kamienicy przy dzisiejszej ulicy Henryka Brodatego. Jego żona podała prawdziwy rarytas: chleb ze słoniną oraz herbatę. Rano P. Gubernator poszedł do szpitala. Jednak tam Niemka – pielęgniarka powiedziała mu, że już został wypisany. Poszedł więc do Dzietrzychowic na pieszo. Dopiero przy ul. Żółkiewskiego spotkał pierwszego człowieka.

Po powrocie z wojska pracował w Urzędzie Gminy. Poznał swoją żonę Weronikę, która była felczerką. Później oboje przez kilkadziesiąt lat pracowali w Sanepidzie w Żaganiu. Żona odeszła 24 lata temu.

Uczniowie i ich nauczyciel Jakub Harasymowicz z wielkim zainteresowaniem i błyszczącymi oczami słuchali opowieści kombatanta, który pokazywał im zdjęcia i swoje medale.

Pytali, jak to robi, że mimo sędziwego wieku P. Gubernator jest wciąż w znakomitej formie. Ku przestrodze opowiedział zebranym historię swojej choroby. – 30 lat temu zachorowałem na raka nosogardzieli – tłumaczył. – Leczyłem się przez kilka lat i już miałem przerzuty do węzłów chłonnych. Na szczęście wyzdrowiałem i wciąż żyję. Lekarze powiedzieli mi, że gdybym palił papierosy, nie miałbym szans na przeżycie. Co prawda miałem epizod z paleniem w wojsku, ale szybko rzuciłem nałóg. Proszę was, abyście nigdy nie palili i nawet nie próbowali – apelował.

Pasją pana Piotra jest działalność społeczna. Aktywnie działa w organizacji kombatanckiej, jest prezesem koła Związku Kombatantów Rzeczpospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych w Żaganiu. Interesuje się nie tylko historią, ale również dzisiejszymi czasami i zmianami jakie zachodzą wokół nas.

Chętnie spotyka się z dziećmi i młodzieżą. Do biblioteki przyszedł na zaproszenie bibliotekarek Alicji Ptasińskiej i Bożeny Maksymowicz.

Małgorzata Trzcionkowska

Fot. Adam Żyworonek

Piotr Gubernator podczas spotkania z uczniami PSP 2 w Żaganiu oraz zdjęcia archiwalne ze zbiorów pana Piotra.

©℗ Materiał oraz zdjęcia są chronione prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie artykułu i zdjęć tylko za zgodą Urzędu Miasta Żagań.