O swoich wspomnieniach z tego ponurego dnia opowiada Wanda Winczaruk, przewodnicząca Rady Miasta Żagań.
Jest sobota 1981 roku. Mam zaproszenie do Klubu Speleologicznego Bobry – wspomina W. Winczaruk. – Zapowiada się niezła zabawa. Zagrają wszystkie gitary, Księżna stanie za barem, poleje się piwko. Będzie gwarno, śpiewająco, radośnie.
Przed wyjściem z domu trzeba jednak wykonać codzienny rytuał układania dziecka spać – oglądanie dobranocki, kąpiel, kaszka, przeczytana bajka, zasypianie. Bo dopiero wtedy, gdy dziecko uśnie, babcia pozostanie przy jego łóżeczku. Wszystko gotowe. Jest godzina 20.00 wychodzimy z domu. Kiedy docieramy do „Bobrów” zabawa trwa w najlepsze. Klub jest pełny po brzegi, gości i turystów z całej Polski, między innymi z Wałbrzycha, co jest istotne dla tej opowieści.
Było już dobrze po północy. Część osób nadal siedzi przy barze i bajeruje Księżnę. Część skupiła się wokół gitarzystów, by śpiewać piosenki turystyczne, a jeszcze inni tańczą. Nagle na salę wbiega jeden z naszych kolegów i woła:
Aaaalbo się wszy… wszyscy chooowamy, albo ucie uciekamy, bo przyj… przyjdzie mili… milicja i nas wszy wszystkich pooozamyka! Kolega ma tę przypadłość, że podenerwowany zaczyna się jąkać. Nikt nie dał wiary jego wołaniom, bo figlarz by z niego i różne żarty się go trzymały.
A jednak! Na salę wkroczyli mundurowi. Rozbawione towarzystwo nie dało im dojść do głosu. Ba! Próbowano patrol uraczyć wódką i zapraszano ich do zabawy. Jednak dowódca patrolu spuścił pasek czapki na brodę i głosem nieznoszącym sprzeciwu zażądał rozmowy z prezesem Klubu.
Poinformował go, że z (wysokiego przecież) okna Bobrów wypadł człowiek. Okazało się, że kolega z Wałbrzycha postanowił przejść po gzymsie od okna do okna, żeby w nie zapukać od zewnątrz. „Sztuczka” się nie udała, spadł i połamał sobie miednicę. Cud, że przeżył.
Milicjant zaczął coś mówić jeszcze, że powinniśmy być wszyscy w domu, że nie wolno, że wojna…. oczywiście nikt nie brał tego na poważnie. Patrol sobie poszedł, a my bawiliśmy się nadal, chociaż już mniej hucznie, bo wypadek kolegi mocno nam humory zważył.
Nad ranem, kiedy wróciliśmy do domu, natychmiast położyliśmy się spać. Obudziło nas gderanie mamy: Wstawajcie, telewizor się zepsuł, śnieży, trzeba wejść na dach, może antena się poluzowała. No, wstawajcie, bo dziecko chce Teleranek oglądać!
Jak wiecie, w dniu 13 grudnia 1981 roku Teleranka nie było. Był generał Jaruzelski i ogłoszenie stanu wojennego. Na ulicach pojawiły się koksowniki i czołgi.
Mieszkańcy Żagania do dziś wspominają pierwszą ofiarę stanu wojennego. Był to żołnierz, który wraz z kolumną czołgów wyjechał z koszar przy ul. Żarskiej, do Wrocławia. Czołg na czele kolumny wpadł w poślizg i zsunął się z mostu na Czernej, przy ul. Młynarskiej wieżyczką w dół. Z przeciwka jechała taksówka, a kierowca chciał uniknąć zderzenia.
Żołnierz z wieżyczki został przygnieciony. Reszta załogi wydostała się z wody. Według relacji mieszkańców, sprawa została wyciszona. Za to zdjęcie z wypadku przedostało się do zachodniej prasy, za sprawą gości Bobrów z Austrii, Belgii i Niemiec, którzy przyjechali do Żagania na obchody 15-lecia speleoklubu. Belg przejeżdżał po wypadku ul. Żarską i zrobił zdjęcie z ukrycia. Tym sposobem świat się dowiedział o pierwszej ofierze stanu wojennego. W Polsce zdarzenie było okryte tajemnicą.
W grudniu 1982 stan wojenny został zawieszony. 22 lipca tego 1983 roku zniesiony.
Wanda Winczaruk, Małgorzata Trzcionkowska
Fot. Jan Mazur
Tak wyglądał Żagań w czasie stanu wojennego.
©℗ Materiał oraz zdjęcia są chronione prawem autorskim. Dalsze rozpowszechnianie artykułu i zdjęć tylko za zgodą Urzędu Miasta Żagań.






